Błekitno purpurowy Matuzalem - fragmenty
Niebawem policjanci przyprowadzili jubilera, jego żonę, dzieci i
służbę. Stanął, schylony w głębokim ukłonie; domownicy rzucili się
na kolana przed dostojnikiem, który odezwał się tonem surowym do
Hu-tsina:
- Czy wiesz, w jakim celu przybyliśmy?
- Moja głęboka nikczemność nie potrafi się domyślić, dlaczego wasza jasność raczyła oświecić mój podły dom - odpowiedział zapy-tany.
- Łżesz! Czyż nie stałeś pod drzwiami, kiedyŚmy nadeszli?
- Słyszałem odgłosy zbiegowiska na ulicy i chciałem wyjrzeć.
Wówczas zjawiła się wasza najwyższa sprawiedliwość.
- ‘Pdk, moja najwyższa sprawiedliwość! Słusznie powiedziałeś.
Właśnie ta sprawiedliwość da ci się we znaki. Czy nie wiesz, z jakiego powodu zebrał się tłum na ułicy?
- Z powodu kradzieży obu bogów.
Skąd wiesz o tym?
- Słyszałem oznajmienie wartownika.
- Kłamiesz! Wiedziałeś o tym wówczas jeszcze, kiedy nikt nie wiedział, gdyż ty jesteś owym świętokradcą.
Doświadczony sędzia nie rzuca oskarżenia w twarz. Raczej stara się oskarżonego zaplątać w sieć nieistotnych pytafi, sieć, z której prawdziwy przestępca nie potrafi się wywikłać. Natomiast postępo-wanie takie, jak kuan fu, może popsuć wszelkie dowody winy.
Hu-tsin udał przerażenie i odparł:
- Co za słowa! Co mówi wasza najjaśniejsza potęga! Ja śmiałbym popełnić świętokradztwo, ja który jestem najgorliwszym i najwier-niejszym czcicielem świętej naszej wiary. Co za oskarżenie! Mogę dowieść, że od samego rana nie opuszczałem sklepu.
- Owszem, możesz to dowieść, gdyż posągi kradłeś za pośrednic-twem dwóch łotrów!
- Ja? Najczcigodniejszy panie, ja nic o tym nie wiem!
- Nie kłam! Kazałeś je zakopać we własnym ogrodzie!
- Któż to powiedział? Któż to może zaświadczyć?
- Wing-kan, twój sąsiad, który wszystko widział i oto stoi przed tobą, jako twój oskarżyciel.
- ‘Ićn? Moje pokorne uwielbienie waszej najwyższej godności pozwala mi powiedzieć, że ten człowiek jest, jak wiadomo, moim wro-giem. Wymyślił tę bajeczkę, aby mnie zgubić.
- Tb nie bajeczka, to prawda. Wiem dokładnie, gdzie ukryłeś bóstwa. Rozkażę je wykopać.
- Wasza wzniosłości, rozkaż. Niech wyjdzie na jaw, żem bez wi-ny.
Wyrzekł tę prośbę tonem nejgłębszego przeświadczenia. Manda-ryn znał go dotychczas jako uczciwego człowieka i z trudnością dał się uprzednio przekonać o jego winie. Spojrzał mu badawczo w twarz i rzekł:
- Twoje imię było dotychczas czyste i niesplamione. Dlatego chętnie uwierzyłbym twoim zapewnieniom. Ale biada ci, jeśli posągi znajdą się u ciebie! Kilku żołnierzy niechaj przyniesie potrzebne narzędzia! A teraz naprzód, Wing-kan, pokaż nam miejsce! Wezwany szybko wystąpił naprzód. Dotarłszy do oznaczonego miejsca, zatrzymał się, wyjął z rąk jednego z policjantów lampion, oświetlił ziemię i rzekł:
-Oto tu! Wasza wzniosłość może zauważyć, że tu niedawno kopa-no.
- Rozkopać ziemię! - polecił mandaryn. - Teraz rozstrzygnie się, którego z was mam ukarać, jego, jako świętokradcę, czy ciebie, jako fałszywego donosiciela, kłamcę i oszusta.
Utworzono półkole. Dwaj policjanci zaczęli rozkopywać ziemię. Wing-kan był pewny swej sprawy, jak można było wnosić z jego tę-giej miny; ale wnet mina zaczęła mu rzednieć i to coraz widoczniej, z każdym głębszym uderzeniem łopaty i rydla.
Posągi byłu zakopane bardzo płytko. ‘Ićraz utworzył się dół pół-torametrowej głębokości, a łopata nie natrafiała na nic twardego.
Matuzalem zbliżył się, spojrzał w dół i rzekł:
- Tii posągi nie mogą być zakopane. Na powierzchni ziemia była miękka, jak zawsze na powierzchni; ale tu jest twarda i mocno
ubita, a więc od dawna nienaruszona.
- Słusznie - potwierdził mandaryn. - Czy wiesz na pewno, że tu właśnie kopano?
Pytanie było skierowane do Wing-kana. Twarz donosiciela oblokła barwa szara, ziemista, jak piach, który właśnie wykopywano. Z wyra-zem głębokiej zgrozy gapił się w dół.
-‘Pdk, tutaj -wymamrotał.
- Przecież widzisz, że bogów tu nie ma.
- A więc zabrano ich stąd!
- Nikt ci nie uwierzy. Kto zakopuje rzecz skradzioną w ziemię, ten nie będzie jej zaraz potem przenosił. Może się omyliłeś co do miejsca.
- Nie. Tb tu, wiem z całą pewnością!
- A więc skłamałeś, aby zgubić swego uczciwego sąsiada!
- Nie, nie! Powiedziałem tylko prawdę. Widziałem dokładnie, jak umieszczono tu bóstwa.
- Nie kłam! Znam cię! Jesteś oszczercą. Hu-tsin zaś ma opinię człowieka prawego.
- ‘Ićk, i nie zawiodę jej - odezwał się Hu-tsin, występując na-przód. - Milczałem dotychczas, ponieważ nie sądziłem, aby ktokol-wiek mógł być tak do gruntu zły. Ale teraz będę mówił. Niech mnie wysłucha wasza wysokość!
- Mów! - rozkazał mandaryn. - O co chodzi?
- Pracowałem dziś bardzo ciężko i chciałem po zamknięciu sklepu i po zapadnięciu zmierzchu wyjść do ogrodu. Podczas gdy...
- Zaczynasz dokładnie tak samo, jak on - przerwał mandaryn.
- Są to niemal te same słowa. Mów dalej!
... podczas gdy stałem przy murze i rozkoszowałem się świeżym,
czystym powietrzem, zobaczyłem mimo ciemności dwóch ludzi
,
niosących palankin.
- Dokładnie tak, jak i on! Dalej!
- Zatrzymali się przed murem jego ogrodu, wyjęli cieżkie przed-mioty z palankinu i przerzucili przez mur.
-‘Ib kłamstwo! Tb kłamstwo! -wołał Wing-kan. -To wszystko zdarzyło się u niego!
-Milcz! -zgromił go mandaryn. - Wysłuchałem twego łgarstwa, a teraz chcę usłyszeć, co powie Hu-tsin. Możesz się odzywać tylko wówczas, gdy cię pytam! Nie znaleźliśmy tu nic, a więc kłamałeś. Mów dalej, Hu-tsin!
- Obaj nieznajomi, których twarzy nie mogłem rozpoznać, odsta-wili palankin na bok, gdzie zapewne stoi jescze dotychczas. Nas-tępnie wrócili i przedostali się do ogrodu sąsiada, który zapewne oczekiwał ich, gdyż usłyszałem jego głos. Następnie rozległo się ude-rzenie rydla. Kopano dół, zamierzano więc coś zakopać. Nasłuchiwa-łem długo, póki nie ucichło. Rozległ się zgrzyt zamka w drzwiach; to Wing-kan wrócił do domu.